ul. Narbutta 4 m 12 ,02-564, Warszawa, Polska
+48 536 555 608
kontakt@fdir.org.pl

Dzieci bez domu

Fundacja Dziecko i Rodzina

Dzieci bez domu

Dzieci z młodzieżowych ośrodków socjoterapii, które zostały tam skierowane z placówek opiekuńczo-wychowawczych – nie mają domu. Ich dom rodzinny jest daleko i nawet jeśli tęsknią i mogą się spotykać, spotkania te musza być rzadkie. Kiedyś im powiedziano, że ich drugim domem jest dom dziecka. Ale nie udało się, bo ich zachowanie spowodowało, ze musieli ten dom opuścić. W ośrodku socjoterapii, kiedy już trochę zdążyli się przyzwyczaić, że są w grupie tych „aspołecznych” i nawet polubić niektórych równie poszkodowanych kolegów – powiedzieli im, że z powodu epidemii, muszą się wynosić. Zostali odwiezieni do domu dziecka, gdzie z powodu strachu przed epidemią dorośli głośno wyrażają obawy przed ich powrotem. Słusznie bowiem obawiają się, że ewentualne zarażenie spowoduje tragedię dla wszystkich mieszkańców placówki. Trzeba więc zastosować kwarantannę, która się dziecku wydaje niesprawiedliwa, bo przecież wychowawcy codziennie przychodzący do pracy jej nie przechodzą…
A skąd się to wszystko zaczęło? Od zaburzeń zachowania wynikających często z zaburzenia zdolności do więzi? Od unikowego lub ambiwalentnego wzorca więzi? Od poczucia osamotnienia, w którym wewnętrzny model roboczy każe walczyć o zaspokojenie własnych potrzeb? Od bezradności, od braku zaufania do dorosłych? Od posługiwania się przemocą, bo taki wzorzec wynieśli z domu? Od braku podstawowego opiekuna i indywidualnych, wpływających na rozwój relacji? Od zagrażania innym dzieciom? Od niechęci do szkoły, w której udowadniane są brutalnie ich opóźnienia i braki? Od braku możliwości racjonalizowania emocji?
Epidemia udowadnia bezsens systemu, w którym nie mieszczą się dzieci ze szczególnymi, emocjonalnymi potrzebami i dzieci z zaburzeniami zdolności do więzi. Brakuje specjalistycznych placówek (domów dziecka), które zaoferują nie socjoterapię, ale indywidualną terapię. Gdzie w mniejszych grupach niż 14-osobowe będzie można w profesjonalny sposób zająć się ich szczególnymi potrzebami. Dzieci, a właściwie nastolatków z takimi potrzebami nie można umieszczać z dziećmi, które funkcjonują w miarę „normalnie”. Stąd postulat pozwolenia na specjalizowanie się placówek w odniesieniu do specyficznych potrzeb dzieci. Ale wtedy, zamiast mówić o mechanicznym zamykaniu placówek, w niektóre z nich trzeba byłoby ZAINWESTOWAĆ i doposażyć je w specjalistyczne etaty. Będą droższe, ale ich praca może dać najbardziej potrzebującym dzieciom namiastkę ich własnego miejsca na tym świecie. Żeby nie było tak, jak pisze jeden z dyrektorów domów dziecka, że te dzieci są przewożone „jak psy”. Oczywiście ten postulat powinien być realizowany jednocześnie z próbami tworzenia specjalistycznych rodzin zastępczych dla takich dzieci, ale dobrze wiemy, że niektórzy z tych nastolatków mają tak dość pojęcia „rodzina”, że mogą się w tych rodzinach nie chcieć znaleźć. A deinstytucjonalizacja? To przede wszystkim tworzenie różnych usług na poziomie lokalnym, które wyjdą naprzeciw potrzebom dzieci. Również tym najbardziej zbuntowanym.